środa, 14 lutego 2018

Zawsze wydawało mi się, że angażujesz się w relację, wchodzisz w nią całym serduszkiem, kiedy pokazujesz drugiej osobie jak wyglądał Twój świat przed nią - kiedy otwierasz swoją przeszłość niczym tajemną księgę i dajesz z siebie czytać, z małym skrępowaniem, ale robisz to, bo chcesz żeby druga osoba miała choć namiastkę Ciebie, kiedy świat próbował, lub Ty sam, łamać Cię w pół. Byłam tego zdania całe moje świadome życie, bo czyż nie na tym opierały się i licealne przyjaźnie, i dziecięce znajomości? Na opowieściach. Kto, kiedy i dlaczego miało to na Ciebie taki, a nie inny wpływ. I wiesz, to nie było złe rozumowanie, istnieje w nim pewna nieodzowna logika. Kochałam być tą osobą, przed którą się te karty otwierało, przed którą mogłeś pokazać swoje najgorsze wspomnienia, żebyśmy mogli przerobić je razem. Jednocześnie czułam gdzieś tam w środku, robiąc to samo, jak stajemy się "swoi".
A potem obejrzałam film. Z pozoru - piernik do wiatraka, bredzę głupoty, bo film nie tyle o przeszłości był, co o pięknym postrzeganiu świata teraźniejszego. Ale! Dał mi dobitną lekcję. Przeszłość to tylko przeszłość. Nieważne.
I pierwszy raz w życiu pomyślałam, że głębię i zaangażowanie w danej relacji da się zbudować "tylko" na wspólnym przeżywaniu teraźniejszości. Na tych wybuchach śmiechu, bo oboje pomyślicie to samo. Na zdaniach, które wypowiadasz bardziej z nawyku, bo wiesz, że usłyszysz "wiem", żebyś tylko mógł powiedzieć "wiem, że wiesz". A ile w tym magii i uroku. Uwielbiam słyszeć "wiem, że wiesz" - to takie proste, krótkie zdanie dające wyraz bliskości między dwojgiem ludzi. Mózg z pewnością siebie wypowiada do Pinkiego zdanie "Bedziemy opanowywać świat". Okazuje się, że możesz chcieć opanowywać świat z kimś, kogo historii nie znasz, i ba, teraźniejszość z kimś takim może być na tyle komfortowa, że nawet nie odczujesz presji poznania jej. Raz na jakiś czas zdarzają się tacy ludzie, takie relacje. Wiesz, że gdybyś usiadł z kimś takim nad Sekwaną, piłbyś wino i słuchał gwaru paryskiej ulicy czułbyś się jakbyś wygrał życie. Gdybyś zgubił się w labiryncie rzymskich uliczek, bo tak ściągnęła Cię w nie grana na żywo muzyka, to ktoś taki usiądzie przy Tobie na krawężniku, da buzi w czółko i będzie się czuł spełniony. Bo tworzysz z nim najlepszą teraźniejszość, jaką chciałbyś w danej chwili tworzyć. A jeśli uda Ci się stworzyć coś takiego na co dzień - wiedz, że warto w to inwestować.

niedziela, 4 lutego 2018

Czuję, jak każdą moją komórkę wypełnia szczęście. Moje malutkie, dobrze przemyślane szczęście. Takie, które daje mi powera nie spać całą noc, żeby poznawać medycynę ratunkową (vel medycynę transportu) od środka. Mówiłam Wam już kiedyś o tym jaką czuję niewyobrażalną wdzięczność za ludzi, których spotykam na swojej drodze? Nieraz się zastanawiam czy to mój świadomy wybór - dostrzegam w nich tyle pięknych cech, wyrzucam ze swojej głowy tych, którzy tacy nie są, czy może najzwyczajniej w świecie jestem ogromną szczęściarą? Może nauczyłam się intuicyjnie szukać takich ludzi. Istnieje też teoria, że przyciągam takich ludzi. I chyba to mi najbardziej odpowiada - nie ukrywajmy, delikatnie gładzi moje ego. Ego to jedno, ale motywuje nieziemsko, żeby być sobą, bo to się sprawdza. Kreujemy swoje światy. Zrobiłam dobrą robotę ze swoim.
Wracam więc do domu i ani myślę iść spać - robię sobie ciepłe mleko z miodem, włączam na słuchawkach cudną muzykę, o tytule tak pasującym - "Save tonight".
Mieliśmy dziś pacjentkę z tętniakiem aorty piersiowo-brzusznej w wywiadzie, z silnym bólem pleców i nadbrzusza od rana. Stan ciężki, w kontakcie. Miałam wrażenie, że tętnienie roznosi się po całym jej szczupłym ciele. Sprawa była jasna od wejścia. Urocza osóbka. Mówimy o Poznaniu. O ironio, w tak dużym mieście nie funkcjonuje ostry dyżur na chirurgii naczyniowej. Pani trafiła więc do szpitala klinicznego, na IP z częścią chirurgiczną. Po paru godzinach, kiedy przyjechaliśmy tam znowu okazało się, że Pani 4h po przyjęciu zmarła. Tętniak pękł. Czekała na transport na naczyniówkę - 0.5h przed planowanym transportem zmarła. Szkoda, że procedury nie działają na korzyść przeżycia. Czy gdyby to był ktoś bliski dla lekarza dyżurnego sprawa przebiegałaby szybciej? Ta szansa zostałaby jej dana?
Mąż pacjentki odprowadził ją aż do karetki, zatroskany starszy pan - dając żonie na pożegnanie buziaka, obejmując jej twarz swoimi dłońmi.
Cieszę się, że miał okazję w jakimś absurdalnie minimalnym stopniu się pożegnać.
Cieszę się, że pani rozmawiając ze mną w karetce miała uśmiech na ustach.
Cieszę się, że sama podjęłam decyzję, żeby podać pani następną dawkę fentanylu chociaż staliśmy już przed wejściem do szpitala.
Cieszę się, że zrobiliśmy dla niej wszystko, co mogliśmy, z uśmiechem na ustach i troską w oczach.
Walczysz z absurdem, z sytuacją, która nie powinna mieć miejsca i uzmysławia mi to jak bardzo naszym zadaniem jest być po prostu człowiekiem. Nie poganiać męża, kiedy żona jest zabierana do szpitala. Nie narzekać, kiedy naszym pacjentom tak mocno zależy na tym, żeby zrobić jakąś, wydawałoby się, pierdołę. Obiecasz im, że jeszcze będą mieli na to szansę?
Ja nie miałabym jaj.
Rozumiem coraz mocniej siłę dobrego kontaktu z pacjentem. Przyjęło się, że starsze panie w drodze do szpitala, jeśli tego potrzebują, trzymają mnie za rękę. Rozmawiamy o wnukach, o ich życiu. Żegnamy się potem uśmiechem, dygam wychodząc ze szpitala i dostaję nagrodę wartą tak wiele - uśmiech, dający mi pewność, że dałam im chociaż troszkę radości i ciepła.
Tego bym chciała dla własnej mamy - żeby ktoś w chwili, kiedy będzie starsza i schorowana (tfu tfu!) trzymał ją za łapkę w drodze do szpitala. Żeby nie była sama, bez żadnego wsparcia. To tak banalnie proste - traktować wszystkich pacjentów tak, jakby to był ktoś bliski. Walczenie o nich, jak o kogoś dla nas ważnego. Wiesz czemu? Bo to jest zawsze czyjaś mama, babcia, brat czy syn. I dobrze być ich wysłannikiem, zatroszczyć się o nich tak, jak zrobiliby to ich bliscy.


piątek, 2 lutego 2018

Są chwile, kiedy gwar, zamieszanie i ten luz płynący z każdego ruchu współdzielących ten wieczór w mojej ukochanej, poznanej przypadkowo winiarni 3 lata temu dopełniają moje serduszko aż do poziomu satysfakcji. Wiesz, o czym myślę, kiedy tam jestem? Spodobałoby Ci się tu. Byłbyś zauroczony ogromem elementów, które mógłbyś poddać obserwacji. Ale nie ma Cię. Wiem przecież dlaczego. Taką mamy już naturę. A wolę walki o coś, co daje nam szczęście? Czy to mamy?

środa, 24 maja 2017

Piękny przykład, drodzy państwo, EPICKI, przykład tego, co z wiarą powtarzam sobie często w duchu "Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia" zdarzył mi się dzisiaj. Kiedy z dumą odbierałam wyniki maturalne miałam w głowie tylko jeden, jakże wtedy niepodważalny powód podboju z tymi wynikami kierunku lekarskiego - MIAŁAM BYĆ MEREDITH GREY, MIAŁAM BYĆ CHIRURGIEM. Do końca mych dni będę miała w środku ołtarzyk ku czci Shondy Rhimes - pomysłodawczyni tego serialu - I MOJEGO POMYSŁU NA SIEBIE (i coś czuję, że nie tylko ja ;>>>). No to połaziłam na chirurgię - to są bad assy, ale nie do końca między nami zaiskrzyło (PS. I tak moje wielkie szczęście będę mam nadzieję jeszcze długo długo wiązała z chirurgami 💕) I kiedy jak co roku znów przyszła pora na zajęcia z medycyny ratunkowej zauważyłam, że oczka mi się święcą pięknie na samą myśl o tym. Więc... wróciłam na salę operacyjną drugi raz spróbować swojego szczęścia, odkrywać karty przeznaczenia, tyle że po innej stronie stołu operacyjnego. Czułam, że mój charakterek bardziej pasuje do tej strony, że jedynak, to jedynak, a do tego baran - tyle chęci stawiania na swoim nie może pójść na marne (;>>). I wracamy już do teraźniejszości. Do wietrznego, mokrego wieczoru, który był idealnym kocem chłodu na moje rozpalone, czerwone policzki. Z łapkami śmierdzącymi tymi okropnymi rękawiczkami wyszłam do domu, mając poczucie, że seks, zakochanie, burgery z boczkiem i BBQ, ani sernik z ginem, nawet PAD THAI ze Śródki (a myślę, że kocham go mocniej niż własną matkę!) nie dało mi nigdy takiego uczucia - chęci zrzygania się ze szczęścia! Dałabym radę teraz zrobić 5 razy salto w przód i po nim 3 w tył, choć normalnie nie zrobiłabym zwykłego przewrotu choćby w wodzie. SZTOS. Proszę państwa. SZTOS. Miałam rację, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Kurwa, jak ja kocham życie. 😷

piątek, 10 marca 2017

Śmieszne, w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu (tak śmieszne, jak śmieszne wydaje się być postrzeganie różnych spraw przez ludzi wychowanych w innych światach - ten sposób śmieszności), jak wolność znaczy dla każdego z nas co innego. Czuję wolność w tych chwilach poza sesją, kiedy sama wybieram czego i jak dużo się uczę. Wolność to rozpięta kurtka i szalik luźno wiszący na moich ramionach, warkocz niedbale porządkujący moje długie włosy, albo luźny sweter i kawa w dłoni na wiosennym spacerze w słońcu. Wolność, kiedy wtulam się w moją ukochaną osobę na łóżku i mogę pocałować ją w czółko. Wolność, kiedy korony drzew porusza wiatr niosąc ze sobą (no, własnie) ten zapach znaczący dla mnie słowo klucz dzisiejszego wywodu - wolności. Bo las daje to poczucie. Jak byłam mała ciocia Zielona nauczyła mnie piosenki, śpiewanej tylko w lesie, o mrówce, która idzie "cichuteńko i śpiewa sobie tak" - tu następował zawsze ten moment, kiedy mogłam wykrzyczeć się za wszystkie czasy. I to też zawiera w sobie wolność - wyrażanie emocji. Moment, na którym łapie mnie mój najlepszy człowiek świata - kiedy uśmiecham się i zamykam oczy, ciesząc się ze słońca. Wolność to taka chwila, kiedy uśmiecham się do samej siebie idąc ze słuchawkami w uszach. Bo życie jest piękne. Po prostu. Sęk w tym, że najmocniej to czuję, kiedy myślę o wolności, właśnie.

wtorek, 31 stycznia 2017

trochę mi głupio, że nauczyłam samą siebie podejścia do ludzkich problemów w sposób "nie mam Ci jak pomóc, nikt nie ma Ci jak pomóc, więc sam musisz odkryć w sobie swój sposób na własne ocalenie", bo to jest w jakiś sposób nacieczone brakiem odpowiedzialności, brakiem troski. Tylko wiesz, każdy kij ma dwa końce - bo to jednocześnie bardzo racjonalne. Nie można przejmować się każdym problemem świata wokół, bo zwariujesz. A nie chcemy zwariować. Wtedy już na pewno nikomu więcej nie pomożemy.
Nie można ludzi winić, że im źle, że ich własny świat ich wkurwia, że nie widzą celu w swoim życiu. No niby nie można. Ale mnie wkurwia. Nawet nie taka osoba, ale bardziej to, że komuś coś takiego w ogóle może przejść przez myśl. Nie twierdzę, że skoro ja kocham swoje życie i uważam, że jest cudem, czymś najpiękniejszym na świecie, to każdy powinien coś takiego czuć. Hella nope. Ale potem słyszę, że bliska osoba mojej bliskiej osoby umiera w wieku 30 paru lat, pozostawiając 2 małych synów,  bo ma nowotwór, z którym już nic nie da się zrobić. I wracamy do takiej smutnej osoby, której mam ochotę przywalić, kiedy znów powie, jak to jego życie jest bez sensu i mogłoby go nie być. No bo, panie Boże, trzymaj mnie, ale kurwa, no nie. Po prostu nie. Ludzie zrobiliby wszystko, oddali wszystko co mają, żeby dostać choć jeden dzień więcej. A całe życie? Nie są sobie w stanie nawet tego wyobrazić, to tak nieosiągalne.
To jest dla mnie tak cholernie irytujące, że można nie być w stanie docenić największej wartości, jaka istnieje, jaką masz - własnego życia. Tego, że jak nic sie nie spierdoli po drodze to masz jeszcze przed sobą min. 50 lat. A ludzie oddaliby wszystko za jeden dzień. To tak niepoprawne, nie darzyć szacunkiem własnego życia. Nie musimy być zawsze szczęśliwi, ale odnoszenie się z taką pogardą do samego posiadania go przyprawia mnie o przyśpieszone tętno z unoszącego się w moim ciele wkurwienia.

wtorek, 27 grudnia 2016

wieża radości, wieża samotności

Mam takiego znajomego, który większość swoich zdań zaczyna od "ja". Wyjaśnijmy sobie to na samym początku - JEST STUDENTEM PRAWA. PRA-WA. No właśnie...
I tu historia w jakiś sposób zakreśliła koło.
Zacznę od początku.
Poznaliśmy się parę lat temu. Byłam wtedy, ciężko ukryć, inną osobą. Nie umiem określić, czy lepszą, czy gorszą. Spróbuj sam jednoznacznie ocenić, czy naiwność i ogromna wiara w ludzi, otaczający Cię świat to coś dobrego. Ja się poddaję na wstępie. Czemu? Otóż odpowiedź, mili moi, wynika z tego, co działo się przez następne lata - chudsza o dobre kilkanaście kilo (masy ciała, ale tez rozczarowania światem, który nie okazał być się tak niesamowitym miejscem do życia) ja jeszcze nie wiedziała wówczas, że świat nie jest czarno-biały, teraz już nauczyłam się to dostrzegać.
Jako siuśki (nie to, że czuję się teraz stara, ale chyba dałam się światu nieco stłamsić, a to niesie ze sobą jakiś rodzaj postarzenia, odebrania tej swobody i wolności bycia tak kojarzącej mi się z tamtymi licealnymi czasami) spędzaliśmy wspólnie niejedną noc dyskutując do rana na temat świata, który chcielibyśmy budować własnymi ramionkami, swój własny świat, na który chcieliśmy zapracować, mając już wtedy świadomość, że obraliśmy sobie niełatwe cele. Od samego początku tę relację cechowało jedno - szczerość, nie tylko wobec siebie nawzajem, ale i przed samym sobą.
Pozdawaliśmy nasze matury, poszliśmy na te studia, na które chcieliśmy, oboje będąc świadomi tego, jak to drugie cholernie pasuje do obranego kierunku. Wiecie, gdyby nie studiował prawa, to chyba zarekrutowałabym go osobiście na dyplomację. Bo to gaduła straszna. Taka, co to się wypowie zawsze.
Przez cały ten czas naszej znajomości towarzyszyła jej określona muzyka. I muzyka towarzyszy nam wciąż. Dzisiaj do niesamowitej piosenki, którą mi pokazał dołączył mi coś innego, czego tak do tej piosenki potrzebowałam - przejażdżki S8, tak pasującej do chwili, której potrzebowałam, na wsłuchanie się w nią, do poskładania myśli. Właściwie, dołączył mi do tego coś innego, niezwykle istotnego - uczucie powrotu do domu, do siebie samej. Jest osobą, która zdecydowanie za bardzo mnie idealizuje. Tylko wiecie, magia polega na tym, że facet ma w tym niesamowitą moc - bo pozwala mi uwierzyć, że jestem lepsza, niż moje obecne mniemanie o sobie mi podpowiada. A to jest właśnie to, czego tak cholernie potrzebowałam. Wpadłam w jakiś dołek emocjonalno-socjologiczny i mam nieodparte wrażenie, jakby podał mi rękę, mocno, z całej siły za nią chwycił i podniósł mnie. I tak. To jest to, co nazwę magią.
Pisząc słowo "facet" przebiegła mi przez głowę myśl, że patrząc na niego dzisiaj właśnie to też zauwazyłam - to już nie jest ten ciągle śmiejący się chłopak. Nie odbierajcie tego źle. Żaden z niego bufon. On jest śmieszny. Ale dostrzegam, jak zmienia się w mężczyznę, bo to słowo zdecydowanie z większą rozwagą oddające jego obecny styl bycia, niż durne określenie "facet". Zrobił się już mężczyzną. I ma to jedynie pozytywny wydźwięk. I kiedy z nieustającą ekscytacją wypowiada słowa, które wybrzmiewają przy każdym naszym spotkaniu "I popatrz, jesteśmy w tym miejscu, o którym marzyliśmy" mam ochotę go po prostu przytulić. Bo chociaż idiotycznie to zabrzmi jestem z niego po prostu bardzo dumna. I już któryś raz myślę sobie w tej naszej znajomości, ze jest ktoś, kto gdyby żył, byłby z Ciebie tak cholernie dumny. A dzisiejszej nocy jestem nie tylko dumna, ale też szczęśliwa, tak bardzo szczęśliwa, że mimo zmian w nas zachodzących wciąż istniejemy w swoich życiach, że jest.
Nawet nie wiesz, jaki jesteś niesamowity człowiek, TY, studencie prawa.


niedziela, 9 października 2016

Plusem szybko rozwijających się relacji, świeżych, jest to, że wciąż pamiętasz uczucie, jakie dana osoba budziła w Tobie zanim się naprawdę poznaliście. Chciałabym, żeby wspomnienie lekkiego zawstydzenia, podziwu, gdzieś tam inspiracji pozostało we mnie jak najdłużej.
Nie, że tego już nie ma we mnie, raczej tak ciekawie patrzy się teraz na to z perspektywy wiele bliższej relacji. Intuicja to jednak dar od Boga. I, jak pisał Hłasko, czujemy odrazu czy kogoś pokochamy, tylko świat nam wmawia, że tak się nie da. Da się. Pokochałam Cię od pierwszej chwili.

niedziela, 11 września 2016

Pamiętacie, jak Rolling Stones śpiewali  "You can't always get what you want"?
Moi mili...
Gówno prawda,
You can.

sobota, 10 września 2016

Nieraz wybieram wino. Okej. Zazwyczaj wybieram wino. Ale raz na jakis czas pozwole sobie poddac sie temu, co we mnie siedzi. Oczy od płaczu stają sie czystsze. I nie do konca mam na mysli faktyczne oczyszczanie spojowek.

piątek, 9 września 2016

Islands - the XX

Pamiętacie, kiedyś nagłowkiem mojego bloga było zdanie " W życiu chodzi o coś więcej, niż o zwiększanie jego tempa"? Absurdalne jest to, że dopiero teraz zaczynam powolutku rozumieć o co więc chodzi. Ktoś tam na górze obdarzył mnie tym, że największą satysfakcję daje mi uszczęśliwianie ludzi. Małymi kroczkami odkrywałam to już na wcześniejszych etapach mojego emocjonalnego rozwoju. Pośmiejmy się razem, ale tak, mam na myśli te chwile, gdy oglądałam Chirurgów i podekscytowanie tego, że możesz uratować czyjeś życie sprawiało, że mając średnią o wartości niecałego 3,0 leżałam słuchając muzyki z tego serialu i zastanawiałam się nie mogąc usnąć - a więc jak do cholery to osiągnę.
Co było potem?
Licealne przyjaźnie, pierwsze łzy, bo ludzie nieraz to chujki.
Trzeba być twardym. Nie ma miejsca na emocje.
Sratytaty, emocje są spoko. Nie świadczą o tym, że jestem miękką cipką. Ba! Przyznaj się do nich, to się okazuje, że w sumie konkret z Ciebie bad ass. Bo weź tu się ich nie wstydź. Kto sobie na to pozwala?
Więc o co mi w życiu chodzi?
Chyba też trochę o to, żeby nadawało innym sens. Żeby swoją naiwnością i dobrym serduszkiem sprawić, że ktoś poczuje się jak w tej przyjaźni z podstawówki, kiedy chodziłyśmy za rączki, bo tak się kochałyśmy. Naiwne? Durne? I miękki siusiak? No totalnie.
Ale kurwa, pamiętasz, jakie to było świetne uczucie?
I ostatecznie, to właściwie kogo to obchodzi, czy to jest głupie? Daje Ci szczęście? Śmieszne jest? Jest. Koniec. Nie ma co drążyć.
Tacy jesteśmy duzi, tacy dorośli. A tak całkiem serio, to w głębi duszy chcielibyśmy leżąc na kocu i gapiąc się w gwiazdy móc powiedzieć tylko to, co na duszy nam leży wiedząc, że a i owszem, kogoś to AUTENTYCZNIE rusza, obchodzi. A wiesz czemu? Bo jesteś dla niego ważny. To samo w sobie świadczy o tym, że musisz być wyjątkowy.

środa, 31 sierpnia 2016

No need to be kind - Kamp!

Istnieje taka mozliwosc, ze gdybym poznala lekarza, ktory jest zafascynowany neurologia, ktory tak szczerze czerpie z tej specjalizacji ogromną radosc i potrafilby mi to pokazac, zakochalabym sie w tym. Trafilo jednak na chirurgie, na jedyna kobiete w szpitalu w moim rodzinnym miescie, ktora wlasnie skonczyla szkolenie specjalizacyjne z tej dziedziny i jestem najwieksza szczesciara swiata, ze na nia trafilam. Bo dawno sie przy kims nie smialam tak szczerze i tak czesto, jednoczesnie patrzac swoimi malutkimi, niedoswiadczonymi zyciem oczkami na nia jak na zajebisty wzorzec dla samej siebie za pare lat. Z egoistycznego punktu widzenia moge sie po prostu od niej cholernie wiele nauczyc. I chyba nie mam na mysli tylko medycyny.

niedziela, 3 lipca 2016

Widzimy się znów. Ja i poranek, powolne rozjaśnianie się nieba. Doprowadzam się do stanu, gdzie sypiam po 4h na dobę, ale nie jestem w stanie zwolnić.
Kiedy nie siedzę na SORze, nie jeżdzę w karetkach, czuję się trochę tak, jakbym coś marnowała - czas. Kojarzycie ten moment satysfakcji, gdy dopasowujecie ostatni element do waszej układanki w puzlach? To jest to uczucie. TAK BARDZO PASUJE.
SOR, karetki to mój element. Podstawy stanów nagłych i zagadki internistyczne. Zapalenia opon mózgowych, udary, nawet banalne nadciśnienia. Pijani ludzie leżący na ulicy, napady drgawkowe i "po prostu poczułam, że umieram, tak, o 3 nad ranem". Spanie w dyżurce, przerywane telefonem, że coś się dzieje. Kurewsko silne uczucie spełnienia. "Ada, jedziemy" będące najlepszym budzikiem mojego życia. Granat scrubsów, bordowy kolor stetoskopu. Mam teraz takie dwa ulubione kolory. Więcej czasu w tygodniu jestem tam, niż we własnym domu. I czuję, że nie chcę się hamować, jeśli jestem tam taka szczęśliwa.
W międzyczasie popadam w standardowe zauroczenia ludźmi. Boże, jaka ja jestem o tej 4.25 szczęśliwa w tym moim życiu. Jakie ono jest zakurwiście fajne.
Ukłony w strony mojego powiernika, który i o tej porze jest gotowy słuchać mojej podjarki tym wszystkim.

sobota, 20 lutego 2016

Pustki znikaja czy pustki sie zapelnia? Pustki sa personalnie specyficzne czy raczej emocjonalnie? Tesknisz bardziej za kims czy za uczuciem, jakie ten ktos budzil? Pustki same przechodza czy ktos musi przyjsc je zajac? Pustka po kims istnieje czy to my stalismy sie po prostu mniej samodzielni przy kims? Czy pustka po kims to jak szuflada, ktorej nie masz czym uzupelnic? No bo jak sobie z czyms poradzisz, jesli nie umiesz powiedziec, czym to jest.

piątek, 12 lutego 2016

Mężczyźni łatwiej przekazują komunikaty. Walą wprost, nie dodają do swojej wypowiedzi zbędnego emocjonalnego wydźwięku. I to zazwyczaj oni są bardziej przebojowi.
Screw them.
Ty też masz głos. I użyj go dobrze. Odpowiadaj na pytania rzucane w eter, choćbyś nawet wątpił we własną odpowiedź. Najwyżej ktoś Cię czegoś nauczy, a to w końcu nie wydaje się być najgorszą możliwą rzeczą pod słońcem.
Włóż swoje całe siły w to, żeby iść naprzód. Zostałeś do tego stworzony. Na prawdę. Nie do stagnacji, stania w miejscu, a co gorsza - cofania się. Twoje życie nie powinno odbywać się wedle metody 2 kroki przed siebie, 1 w tył. I od nowa. Hella nope.
Masz dwie sprawne nóżki, dwie sprawne rączki, żadnych zaburzeń umysłowych. Jesteś więc w stanie mieć WSZYSTKO. A jedyną przeszkodą możesz być Ty sam. Ograniczenia, które nałożyłeś na siebie wcześniej, a co gorsza te, które ktoś nałożył na Ciebie. Screw it. Wyobraź sobie, że nic nie może Cię powstrzymać. Gdyby tak było, kim chciałbyś być?
To teraz guess what - ich nie ma. To tylko wytwór Twojej wyobraźni, trochę jak potwory czające się w ciemności, które sprawiały, że w nocy bałeś się iść do toalety. One zniknęły, bo dorosłeś i zacząłeś myślec racjonalnie. Kiedy pozbędziesz się złudzeń czających się do dziś?
Jest Ci cieplej na sercu, kiedy wiesz, że tam, dokąd zmierzasz, ktoś Ciebie wyczekuje. Zastanawiam się, czy jest jakieś przyjemniejszy rodzaj odczucia przynależności.

wtorek, 9 lutego 2016

I spotkały się dwie dusze. Dwie dobre, trochę niespełnione dusze. Chcące dać dużo, najlepiej komuś, kto też to czuje. Dusze znów czują się jak w domu.

środa, 27 stycznia 2016

Błysk, impuls, ta chwila. Call it what you want. Po dłuższym czasie, nieco skropionym alkoholem, przepalonych płucach, wysłuchanej muzyki, obejrzanych filmach, wybieganych kilometrach, szukając odpowiedzi, wytchnienia, ostatecznego zebrania myśli. Jest.
Poczułam dzisiaj, która gra jest tak na prawdę warta świeczki. Wiesz która? Twoja.
Zrozumiałam czego szukam. I teraz guess what. Nie jakiejś konkretnej osoby w innych ludzi. Albo i tak, ale jedynie.. siebie? Swojej potrzeby ofiarowania siebie innym ludziom, zagłębiania się w ludziach. Wiesz, kiedy ktoś będzie chciał wydobyć z siebie to, co najlepsze? Jeśli Ty zrobisz to dla niego. Dając ludziom to, co z Ciebie najlepsze, pozwalasz im na to samo. A nie o to nam wszystkim chodzi?
Zacznij na kogoś kurwić prosto w oczy, zrobi to samo. Pokaż, że kogoś lubisz, bądź zainteresowany, nie hamuj się z okazywaniem dobrych, czułych, empatycznych emocji, a dostaniesz to samo od niego. Karma wraca.
Jeśli ktoś nie potrafi dać Ci tego, co Ty byłbyś w stanie dać jemu, zapomnij. Nie z każdej relacji zrobisz przyjaźń. Niektórzy pozostaną Twoimi wspaniałymi znajomymi. I to na prawdę jest w porządku. To też jest wiele warte. Ale nie ma co zniżać swoich oczekiwań. Z szacunku do tego, ile Ty jesteś w stanie dać i poświęcić.
Każdy popełnia błędy. Bylebyś potrafił naprawić wyrządzoną przykrość. Nie trzeba przenosić gór. Wystarczy być w porządku.

sobota, 24 października 2015

Chai Tea Latte.

Wracalam padnieta z pracy, w ktorej jak na zlosc wiekszosc osob placila dzisiaj karta, a wiedz, ze dla kelnera to na prawde nie jest szczyt marzen. Weszlam wiec po kawe taka, jak zwykle - Chai Tea Latte na mleku sojowym, z 1 shotem espresso z gatunku Gwatemala i slodzona miodem. I zaczelam sie cieszyc w duchu jak dziecko. Czekaj, moment. Mowilam przeciez, ze zawsze biore tę kawe, wiec what's the point? Alez ja bylam szczesliwa, idac padnieta i pijac tę kawe - tym, ze mam mozliwosc zyc w takim swiecie, w takich realiach, ze wychodze z pracy, ktora mimo, ze daje w kosc, jest przyjemna, bo opiera sie na kontakcie z ludzmi. Patrzylam na Poznan, ktory szczerze lubie, ktory uwazam za na prawde ladne miasto. I jestem w tym wszystkimi taka bezpieczna. Nie martwie sie o to, gdzie spedze najblizsza noc, nie zastanawiam sie czy mam co zjesc na jutrzejsze sniadanie, niczym nie musze sie martwic. Moim najwiekszym zmartwieniem jest to, ze chcialam o tym opowiedziec kumplowi, ktory nie odpowiada na smsa. Ciesze sie wiec jak dziecko z tego cudownego zycia, ktore mam. I Tobie zycze tego samego. Kazdy zasluguje na takie poczucie bezpieczenstwa i spelnienia.

wtorek, 30 czerwca 2015

Letnia myśl 1.

Cudowna muzyka piesci moje uszy. Leniwe, popoludniowe słońce muska moje stopy, ledwo zakryte przez moje ulubione czarne balerinki, wystajace z cienia rzucanego przez kolorowy parasol w przeuroczej kawiarnii. Popijam lemoniadę z kwiatu bzu. Dym papierosowy drażni moje gardło. Wokół jest tak pięknie - kolorowe kamienice, mnóstwo kwiatów, piękni ludzie na stylowych rowerach, szyld z napisem tak prostym i trafionym - "People are important. Not places". Chłodny wiatr przerywa tak leniwą aurę letniego popołudnia. Uśmiecham się do siebie pod nosem i uśmiecham się szczerze do tego pięknego otaczającego mnie świata. Mój chłopak wspominał mi kiedyś o tej ulicy - zna mnie dobrze, był pewien, że się w niej zakocham od pierwszego wejrzenia. Jest na Starym Mieście, ale nie jest wysycona turystami, schowana chyba tylko po to, żeby poczuć się jak mały, zaciekawiony podróżnik odkrywając ją. Taki Poznań kocham.
Oglądając się za siebie, powiedzmy rok wstecz, widzę, ile się wydarzyło. Wiesz, z dnia na dzień nie widzi się zmian. Musisz spojrzeć troche dalej za siebie. Wiem, że mam ogromne, niespotykane szczęście - jestem niesamowicie usatysfakcjonowana spełniając swoje wielkie marzenie o studiach medycznych. Rzeczywistość okazała się jeszcze lepsza, niż wyobrażałam sobie, że będzie. Jestem wdzięczna, że wszystko ułożyło mi się tak idealnie. Studia pochłaniają zdecydowaną większość mojej uwagi, mojego świata. I pierwszy raz czuję taką pasję w tym, co robię. Poznałam świetnych ludzi, zbudowałam sobie swój malutki świat w tym nowym mieście. Mam swoje drogi, którymi lubię biegać, przyjaciół, których kocham i miłość tak wypełniającą moje około 200 gramowe serduszko.
Pozostaje mi tylko jedna kwestia, która nie idzie po mojej myśli, a zależy tylko ode mnie. I teraz muszę skupić się porządnie na niej.
Ucałowuję, w to piękne, letnie popołudnie teraz już popijając kawę w wybranym przeze mnie uroczym kubeczku w groszki.