środa, 7 listopada 2012

Rano mam czas, żeby przed wstaniem z łóżka posłuchać piosenki, która naładuje mnie pozytywnie na cały dzień, co samo w sobie daje mi już wiele radości. W szkole często znika mi ten optymizm, leci wręcz depresją, ale zaraz po wyjściu z niej znów jestem w siódmym niebie. Słuchając dobrej rady koleżanki odpuszczam sobie kółko z biologii, które akurat dziś za dużo by nie wniosło to mojego malutkiego stanu wiedzy o biologii. W zamian za to wracam do domu, włączam w wieży płytę Noah and the whale, robię sobie pyszną kawę, o której marzyłam całe 6 godzin spędzonych w szkole. Zapalam świeczki, cieszę się tą chwilą, odrabiam matmę. (No, nawet zaczęłam odrabiać pracę domową - skończyła się geometria :3). Kończę potem odcinek Czasu Honoru, coś tam czytam na polski, bo głosy szepczą, ze ma być kartkóweczka i siadam, 6 dzień z rzędu do chemii. Czuję, że mój mózg ma już jej dość, bo pieprzą mi się najbanalniejsze rzeczy. A to znak, ze już jest dobrze, coś tam wiem, ma mi się co mylić przecież! I tak spędzam sobie popołudnie, nawet nie zauważam, kiedy z niego robi się wieczór. Robię notatki na PP i lecę na basen. Wspaniała godzina, kiedy mogłam się wyśmiać, popływać, porozciągać. Wróciłam, zrobiłam sobie zieloną herbatę, więc teraz jeszcze raz przeczytam polski i łóżko znów mnie do siebie przyciągnie :3333 Już nie mogę się wręcz doczekać! I wrzucam coś w obecnym klimacie.







3 komentarze:

  1. to dobrze, bo gdyby było inaczej myślę, że musiałabyś zacząć się rozglądać nad współlokatorką na studia:*

    OdpowiedzUsuń